Bóg chce, byśmy byli Kimś a nie bublem

W czasie naszych rekolekcji wspominaliśmy zamach terrorystyczny 11 września. Porwano cztery samoloty – dwa z nich zniszczyły World Trade Center, jeden uderzył w Pentagon. W czwartym samolocie zamachowcom nie udało się doprowadzić do zniszczeniu Białego Domu lub Kapitolu. – takim był prawdopodobnie ich cel – samolot spadł w okolicach Shanksville w Pensylwanii – o dwadzieścia minut lotu do Waszyngtonu.
Pamiętam dokładnie te chwile. Po pierwszych katastrofach informowano, że czwarty samolot zawrócił z kursu i leci na kolejny cel. Wziąłem do ręki różaniec i modliłem się, by nie doleciał do celu, byłem z tymi, którzy znajdowali się na pokładzie samolotu i byli przeznaczeni na rzeź. Dzisiaj, po prawie trzech miesiącach, znamy więcej szczegółów na ten temat. Wiemy, że pasażerowie samolotu, rozpoczęli walkę z terrorystami. Nie uratowali swojego życia, ale uratowali może setki ludzkich istnień, pokrzyżowali, zniweczyli plany porywaczy.
Jednym z pasażerów był Todd Beamer – to on przez telefon komórkowy poinformował o sytuacji na pokładzie i stanął następnie do walki z porywaczami. Zginął, poświęcając swoje życie. Zostawił dwóch synów (2 i 3 lata) oraz żonę w błogosławionym stanie. Jego dzieci niewiele mogą teraz zrozumieć z tego co się stało, ale może kiedyś, gdy trochę dorosną, ich mama pokaże im kartkę, którą znalazła na biurku męża po jego śmierci. Jego synowie dowiedzą się, jakie motto, a co za tym idzie – jakie wartości, przyświecały ich ojcu. Na owej kartce znalazł się fragment wypowiedzi prezydenta Roosevelta: „Chwała temu, kto (…) stara się dzielnie, kto wie, co to wielki zapał i wielkie poświęcenie. (…) Kto zna triumf wielkich osiągnięć i kto nawet wtedy, gdy ponosi klęskę, ponosi ja tak, aby jego miejsce nigdy nie znalazło się pośród tych, którym dusze zimne i lękliwe nie pozwalają zaznać ani zwycięstwa, ani porażki” [Newsweek – Polska]
Synowie będą wiedzieć, że ich tata nawet w klęsce potrafił być wielki, że ich ojciec był bohaterem – nie dlatego, że wybrał sobie ciekawe motto, ale dlatego, że w chwili próby potrafił zrealizować te wartości, które uważał za ważne – nie był tchórzem, nie miał duszy zimnej i lękliwej.
Inni synowie, bywa, mają innych ojców. Czasami docierają do nas relacje prasowe czy telewizyjne, jak ktoś dowiaduje się, że jego ojciec mordował Żydów, był oprawcą w obozie, albo jak ostatnia sprawa – dowiaduje się, że ojciec w stalinowskich czasach był dyspozycyjnym sędzią, szafującym wyrokami śmierci w procesach politycznych. Ujawniona prawda jest szokiem, trudno ją przyjąć, przeżyć, coś się w człowieku łamie na myśl – mój ojciec był świnią.
Każdy syn, ma swojego ojca. Nie zawsze jest tak, że dorosły mężczyzna czy kobieta, ma syna czy córkę. Zawsze jest jednak tak, że kolejne pokolenia wydają wyroki na te pokolenia, który je wyprzedziły.
Dokonajmy pewnego skrótu myślowego i postawmy sobie pytanie: kim chciałbyś być dla swego syna – bohaterem czy świnią? Pierwszego dnia naszych rekolekcji powiedzieliśmy sobie, że podział między dobrem a złem przebiega przez każdego z nas. W każdym z nas znajdują się zalążki bohaterstwa albo tchórzostwa. Od nas zależy, od naszej wolności, co się z tego rozwinie.
Wczoraj powiedzieliśmy, że nawet ostatnia chwila życia jest dobra, by zmienić się, pogodzić się ze sobą, swoim życiem i Bogiem. Można jednak nie zdążyć, nie doświadczyć tej łaski. Poza tym – zwyczajnie szkoda życia. Mamy je po to, by przeżyć je pięknie. Lester powiedział o swoim życiu, że było małe i głupie. Niech nie będzie w nas zgody na małość i głupotę. Niech nie będzie też zgody na zimno i lęk duszy o której mówił prezydent Roosevelt. Przeciwnie, niech ogarnia nas dzielność, wielki zapał i poświęcenie. Bądźmy ludźmi, którzy żyją z pasją, którzy nie ślizgają się po powierzchni, ale orzą głęboko, przez co z trudem, ale znajdują smak życia.
Spędziłem wiele czasu na wakacyjnych oazach różnego typu. Niestety, nie byłem na tzw. zerowym stopniu. Szkoda, bo bardzo mi się podoba hasło tej oazy – Maryjo spraw, bym stał się Kimś.
Nie ma w tym pychy, wywyższania się, ale świadomość, że Bóg nie chce nas mieć byle jakimi, nie jakimiś nieudacznikami. Bóg nie stwarza bubli, ale towar ze znakiem jakości – i to najwyższym.
Jedna z bardziej inspirujących dla mnie historyjek de Mello to historia o orle, który od pisklęcia wychował się z kurami. Zachowywał się jak one, chodził po podwórku, czasem pofrunął na płot i to wszystko, co umiał. Gdy dorósł zobaczył na niebie majestatycznie szybującego ptaka. Zapytał się jednej kury – co to jest. Powiedziała, że to orzeł, król ptaków, ale ty nie myśl o tym, ty jesteś przeznaczony, by być kogutem. I umarł orzeł, który całe życie myślał, że jest kogutem.
Nie dla nas los kogutów, nasz świat to nie kurnik. Do wyższych rzeczy jesteśmy stworzeni. mamy się wzbijać w niebo – nasz los i przeznaczenie to być orłem. „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie.” (Flp 3,20a)
To jednak nie takie łatwe – marzenia i dobre chęci nie dodadzą nam skrzydeł. Doświadczamy grawitacji grzechu, ciężaru swoich słabości. Nie tylko zresztą my – nawet wielcy święci to przeżywali, wśród nich św. Paweł. Pisał on w Liście do Rzymian: „Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!” (Rz 7,14-24)
Toczymy zatem w sobie wielką duchową walkę, z własną słabością i szatanem, który jest głównym sprawcą grzechu. Do walki zaś winniśmy być wyposażeni w oręż i zbroję. Święty Paweł – ten, który doświadczał słabości udziela nam rad, jak przełamywać samego siebie i jak wygrywać: „W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. (…) Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! (Ef 6, 10-11.13-18a)
To, co jest nam potrzebne to tarcza wiary. Chodzi jednak nie o byle jaką wiarę – Biblia mówi, że złe duchy także wierzą w Boga. Chodzi o wiarę poprzez którą jednoczymy się z Bogiem, wybieramy Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Wiarę, która nie ma nic wspólnego z folklorem, przyzwyczajeniem, ludową tradycją, ale jest spotkaniem żywych osób, które zawierają przymierze, przez który powstaje ścisły związek. Bóg obiecuje nam swoją łaskę, my swoje posłuszeństwo, ale ten układ nie wynika z jakiegoś przeliczenia zysków i strat, ale z miłości.
Wiara jest czymś podstawowym w relacjach z Bogiem – ona buduje fundament. Biblia mówi: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu.” (Hbr 11,6a) Dlatego pilnie patrzymy, czy to, co mamy w sercu i na ustach jest rzeczywiście wiarą i to wiarą, która podoba się Bogu. I usilnie błagajmy Go o tę łaskę – bo wiara jest łaską – słowami: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (Mk 9,24b) Tak jak wołał w Ewangelii mężczyzna, którego syn był chory, i który oczekiwał cudu.
Wiara jest potęgą: „Jezus [powiedział]: Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to (…) powiecie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze!, [i] stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie. (Mt 21,21-22) Wiara góry przenosi, wiara czyni cuda.
Inna rada św. Pawła to modlitwa: „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!” Modlitwa buduje na wierze, zakłada wiarę, ale jednocześnie tę wiarę umacnia. Wiara bez modlitwy usycha jak kwiat bez wody. Pielęgnujmy wiarę pielęgnując modlitwę.
Mówiąc wczoraj o rachunku sumienia stwierdziłem, że można go robić w zły sposób – przy pomocy centymetra i wagi zamiast serca. Podobnie może być z modlitwą – zaliczamy ją, odfajkowujemy. Modlitwa wtedy, zamiast stawać się rozmową z Bogiem, staje się uspokajaniem naszego sumienia – jesteśmy w porządku, bo odmówiliśmy różaniec, koronkę, przeprowadziliśmy rozmyślanie, czy przeczytaliśmy fragment Biblii.
Potrzeba czegoś innego – właśnie serca. Modlitwa ma być przecież spotkaniem dwóch kochających się osób, jak takie spotkanie może nastąpić bez miłości. Pielęgnujmy te formy modlitwy, które nam odpowiadają – czy to te tradycyjne, czy bardziej nowoczesne, ale niech będzie w tym miłość.
Rekolekcje są zawsze okazją do rachunku sumienia. Zastanówmy się zatem nad jakością naszej modlitwy i poczyńmy odpowiednie postanowienia.
Modlitwa, oprócz ognia miłości, którą winna być rozpalana, powinna mieć swoją treść. Bardzo łatwo w modlitwie oddać się subiektywizmowi, swój wewnętrzny dialog – swoje myślenie uznać za Boży głos.
Najlepszym tu zabezpieczeniem się będzie wzięcie do ręki Bożego Słowa – św. Paweł nazywa je „mieczem ducha”. Poprzez Pismo Święte Bóg mówi do nas bezpośrednio. Pismem Świętym, jego słowami, także i my możemy zwracać się do Boga. Ojciec Święty w liście Novo millennio ineunte przypomina twierdzenie św. Hieronima, że nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa. ja ze swej strony dodałbym jeszcze – kompromitacją katolicyzmu.
Niech Biblia będzie obecna na naszej modlitwie – a może być obecna w wieloraki sposób. Ja w tym miejscu chciałbym wspomnieć jedynie o dwóch rzeczach. Pierwsza to zapoznanie się z czytaniami eucharystii zanim wybierzemy się w niedzielę do kościoła i wybranie z nich krótkiego słowa życia – na najbliższy tydzień. Słowo życia to jedno – pół zdania, które stają się naszym mottem – możemy je zapisać, umieścić w widocznym miejscu, nauczyc się na pamięć, powtarzać sobie przy różnych okazjach.
Druga rzecz to Liturgia Godzin. Jest to modlitwa utworzona z Bożego Słowa – głównie psalmów. Do odmawiania tej modlitwy zobowiązują się duchowni i zakonnicy – widzimy ich czasem z grubą książka w ręku – ale chciałbym nam uświadomić fakt, że nie jest to modlitwa księży, ale całego Ludu Bożego. Jest to przywilej każdego wierzącego. Obecnie istnieje wiele wydań tej modlitwy obejmujących większy czy mniejszy wybór tych modlitw – jutrzni czy nieszporów. Może ta forma modlitwy jest właśnie dla ciebie?
I jeszcze raz podkreślam – wzięcie do ręki Liturgii Godzin nie jest objawem udawania przez kogoś, że jest księdzem. Nie dajmy księżą zawłaszczyć tego, co jest własnością całego kościoła. Modlenie się jutrznia czy nieszporami jest jak najbardziej normalnym i zdrowym objawem chrześcijaństwa.
Ośmielił mnie do mówienia o Liturgii Godzin Ojciec Święty, który teraz w czasie środowych audiencji komentuje psalmy odkrywając przed nami ich bogactwo.
Na koniec św. Paweł poleca nam „obuć nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny”. Wiary naszej nie można zatrzymać dla siebie, trzeba się do niej przyznawać, wyznawać ja przed ludźmi, dzielić się nią. Oczywiście nie chodzi o jakieś nachalne sekciarstwo, ale o postawę pełną pokoju i pewności, że to co robię jest dobre a ja daję o tym świadectwo – przyznaje się przed innymi.
Można być cuchnącym bajorem, które wodę zatrzymuje dla siebie, ale zarasta i gnije, ale lepiej przecież być bijącym źródłem, które daje z siebie, nie zatrzymuje wody i jest przez to życiodajne i czyste. Ktoś mądrze powiedział, że tylko ten utrzyma wiarę, kto będzie potrafił dzielić się z nią z innymi. „Sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia.” (Rz 10,10)
Nie chcemy, by kolejne pokolenia nas się wstydziły. Nie chcemy, myślę, życia małego i głupiego. Chcemy być bohaterami dla naszych dzieci. Nie jest jednak tak, że to my sami wypracujemy swoja wielkość, że własną mocą staniemy się dobrym przykładem dla innych. Jesteśmy nędzą – to jedynie, co możemy robić to otworzyć Bogu furtki w naszym życiu.
Wiara, modlitwa, Słowo Boże i świadectwo – to nazwy tych furtek – nie wszystkich zapewne, bo różne są płaszczyzny chrześcijańskiej formacji. Jedno jest pewne – trzeba budować i potrzeba być wytrwałym w tym budowaniu siebie, swojego wnętrza.
Bóg chce, byśmy byli Kimś a nie bublem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: