Uczyńmy ten świat lepszym

Uczyńmy ten świat lepszym.
Jest takie jedno przykazanie, które jest prawie nieznane. Rzadko o nim pamiętamy, często nie wiemy nawet, że jest to przykazanie. Tymczasem jest to pierwsze przykazanie, jakie występuje w Piśmie Świętym. Bóg po stworzeniu świata rzekł do człowieka: „(…) Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną.” (Rdz 1,28a)
Człowiek ma panować nad ziemią, czynić ją poddaną. Oznacza to opiekę i odpowiedzialność nad światem. To, że Bóg niejako zaprosił człowieka do współtworzenia świata. Ten świat jest niegotowy, trzeba go jeszcze wykończyć, przyozdobić.
Przez trzy dni naszych rekolekcyjnych rozważań koncentrowaliśmy się głównie na pojedynczym człowieku – jego wnętrzu. Dziś podejmijmy aspekt bardziej społeczny. Zauważmy człowieka w rodzinie, społeczeństwie i narodzie.
Człowiek, który uporządkował swoją relację z Chrystusem, który wierzy w Boga i oddał Mu swoje życie, nie może powiedzieć, że wszystko jest już w porządku. Nie jest na świecie sam, są inni ludzie, jest społeczeństwo, za które winien być także odpowiedzialny.
Tej odpowiedzialności zaczyna brakować. Coraz częściej zamykamy się w mieszkaniach, ograniczamy kontakty. Z jednej strony – siadając przed telewizorem można dowiedzieć się, co dzieje się na całym świecie, ale wiedza o wydarzeniach to jeszcze nie odpowiedzialność. Odpowiedzialność rodzi się wtedy, gdy informacja wywołuje reakcję – działanie.
Z drugiej strony może być tak, że wiemy o tym co dzieje się w Nowym Jorku a nie wiemy, co dzieje się u sąsiada za ścianą. Ludzkie więzi ulegają erozji, przestajemy się znać, kłaniać, pomagać sobie.
Człowiek pozostaje sam – nawet jeśli żyją w milionowym mieście. Podręczniki psychologii opisują wydarzenie, w której mężczyzna zamordował na oczach kilkunastu sąsiadów kobietę. Trwało to niesamowicie długo – kobiecie udało się dwa razy wyrwać i uciec. Krzyczała i wzywała pomocy. Słyszano ją i widziano – jednak nikt nie wezwał pomocy, nie zadzwonił na policję. W tym anonimowym tłumie nikt nie poczuł się odpowiedzialny, każdy pomyślał, że pomóc powinien ktoś inny.
Ta sama zasada działa w sytuacji, gdy mijamy na ulicy leżącego człowieka. Myśli się, że to może pijak, jakiś lump, ale przede wszystkim myśli się – dlaczego ja, przecież mnie z tym człowiekiem nic nie łączy. Poza tym mam tyle spraw do załatwienia, nie mam czasu, spieszę się.
Spieszymy się, mamy tyle na głowie, ale czy gonimy za tym co właściwe? Ktoś powiedział kiedyś bardzo mądrze, że jeszcze nikt umierając nie żałował, że zbyt krótko był w biurze, w pracy. To, czego ludzie wtedy żałują, to ludzi, to niespełnionych relacji. Syn żałuje, że nie zdążył pogadać z ojcem. Ojciec, żałuje, że nie poświęcił wystarczająco dużo czasu synowi. Zapominamy o sprawach najważniejszych – o miłości, o przyjaźni, o tym co ludzi łączy. Bywa, że zapominamy, ale bywa jeszcze gorzej, że przypominamy sobie o ludziach tylko wtedy, gdy czegoś od nich potrzebujemy.
Córka przypomina sobie o matce, gdy brakuje do wypłaty i odwiedza matkę a przy okazji przywozi kaczuszkę i parę groszy. Ktoś przypomina sobie o znajomym prawniku, gdy ma jakieś kłopoty i szuka fachowej rady.
Czy liczyć ma się tylko korzyść, czy wartość ma tylko ta relacja, która przynosi zysk? Jeśli tak to zabijmy wszystkich starych ludzi, pozbądźmy się kalek, uśpijmy upośledzone dzieci. To są tylko przecież koszty, to wymaga zachodu, często jest to takie niesmaczne.
Choćby cały świat tak myślał – ja mówię NIE! Człowiek ma większą wartość, niż to, co może dla nas zrobić, do czegoś się przydać. Człowiek ma wartość nie tylko wtedy, gdy pracuje, gdy tworzy genialne rzeczy.
Człowiek ma wartość także wtedy, gdy jest stary, schorowany, kaleki, biedny, bezradny. Człowiek ma wartość w samym fakcie, że jest, że jest chciany i kochany przez Boga, który jest jego twórcą.
I nie jest tak, że spotkanie z takimi osobami jest tylko jednostronnym spotkaniem, w którym my coś dajemy, okazujemy się szlachetni i dobrzy. Jean Vanier, twórca ruchu „Wiara i Światło”, który gromadzi upośledzone dzieci, ich rodziny i tych, którzy chcą się z nimi spotykać, twierdzi, że w tym spotkaniu osobą najbardziej obdarowaną jest ten, który spotyka się z upośledzonym dzieckiem, a nie samo dziecko.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Biblia mówi: „Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. (..) Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25,34-36.40).
To sam Bóg jest w chorych, cierpiących i potrzebujących. Spotykając ich spotykamy Boga w nich obecnego a człowiek spotykający Boga zawsze odchodzi bogatszy.
Chciałbym jednak, by nasze zaangażowanie, odpowiedzialność za innych miała właściwą kolejność. Można popełnić błąd, starając się być dobrym dla innych a zapominając o tych, którzy mieszkają pod jednym dachem. Zatem zanim pójdziesz do hospicjum, odwiedzisz kogoś w więzieniu, zaczniesz spotykać się z upośledzonymi dziećmi, przypomnij sobie, że masz własną rodzinę.
Niech mąż przypomni sobie, że ma żonę, żona uświadomi sobie, że ma męża. Małżonkowie niech odkryją, że są także rodzicami dla swoich dzieci, dzieci niech przypomną sobie o rodzicach. Więcej czasu dla siebie. Dom ma być domem a nie hotelem, restauracją i miejscem gdzie stoi twój telewizor.
Rodzina współczesna przeżywa ogromny kryzys, bo niszczone są więzi, bo każdy żyje dla siebie. Ratujmy swoje rodziny a przez to ratujmy siebie. Bo przecież rodzina, zdrowa rodzina, to oparcie dla człowieka, pomoc w trudnościach, odnowa sił fizycznych, psychicznych i duchowych.
Czasami o rekolekcjach czyni się fantastyczne, duchowe postanowienia – pewnie tak trzeba. Może jednak czasami byłoby lepiej zejść na niższy poziom i podjąć inne postanowienia, bardziej przyziemne a jednak ważne.
Takim postanowieniem może być powiedzenie żonie, mężowi: „kocham cię” i nie tylko powiedzenie tego słowa, ale wspólna decyzja spędzenia jakiegoś czasu razem – wspólny rodzinny spacer, porzucanie się śniegiem, kulig, zrobienie bałwana, pójście do kina na „Shreka” czy coś innego, co może pogłębić więzi między nami.
Gdy zadbamy o najbliższych wtedy trzeba wziąć się za mądre przyjaźnie. Warto jest mieć bliskich ludzi, którzy podobnie myślą, czują, mają z nami podobne zainteresowania. W sposób naturalny rodzą się takie więzi między ludźmi. Naturalną koleją jest także to, że niektóre z tych więzi rozluźniają się z czasem. Nie powinno się ich podtrzymywać na siłę, ale niewłaściwym jest brak troski o ich pielęgnację. To są takie sytuacje, gdy przypominamy sobie o istnieniu przyjaciela, gdy czegoś nam potrzeba.
Kochani, to, czego nam jednak najbardziej potrzeba to bezinteresowności, zrobienia czegoś z dobrej woli, z fantazji, z chęci. Może warto pomyśleć jeszcze dzisiaj, do kogo zadzwonić, zaplanować, gdzie się udamy z wizytą. Nie dlatego, że mamy interes, ale dlatego, że uważamy spotkanie z człowiekiem za jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu.
Kabaret Otto miał kiedyś taką piosenkę, w której ostro skarykaturował postawę niektórych ludzi. Wyrażała się ona w refrenie: „najeść się, wyspać, wypić i zapalić”. Czy mamy tak spłycić swoje życie, by pozostać tylko przy tym, a wszelką aktywność ograniczyć tylko do uzyskania pieniędzy, by mieć za co zjeść, wypić i zapalić?
To nie jest prawdziwe życie! Człowiek je, żeby żyć, a nie: żyje dla jedzenia. Potrzeba pasji, potrzeba zaangażowania, potrzeba twórczości – to jest prawdziwe życie. I nie trzeba tu robić rzeczy nie wiadomo jak niezwykłych – wędkowanie może być pasję, klejenie modeli zimą a jazda na rowerze latem. Pierwszego dnia rekolekcji wspomniałem o występie aktorskim Karola Wojtyły. To było w Krakowie, ale przecież tę swoją teatralną pasję wyniósł ze swoich rodzinnych Wadowic. W tym malutkim, prowincjonalnym miasteczku było kilka amatorskich teatrów – niektóre z nich na niezłym poziomie. Pamiętacie jak papież w Wadowicach recytował fragment Antygony? W tym spektaklu grał w Wadowicach właśnie, gdy miał 15 czy 16 lat. Ten człowiek miał i ma pasję i dlatego do tej pory, mimo wieku i choroby jest tyle w nim ognia.
W tej chwili jest w nas jeszcze życie, bo chciało nam się przyjść do kościoła. Wielu przecież powiedziało sobie, że ciemno, zimno, daleko, że nie warto, że lepiej włączyć telewizor, spokojnie coś zjeść sobie. Czy jednak na długo starczy nam jeszcze tego zapału? Rozpalajmy w sobie ogień, byśmy nie zgnuśnieli.
Jestem pod wrażeniem powieści: „Ania z zielonego wzgórza”. Wróciłem, przed bodaj trzema laty, do tej powieści z dzieciństwa i moim oczom ukazał się obraz kanadyjskiej prowincji – takiej zabitej dechami wioseczki. Weźcie kiedyś do ręki tę książkę i zobaczcie ile rzeczy się tam działo. Ciągle jakieś imprezy – wystawy, majówki, konkursy, występy, koncerty. Tam kwitło życie, tam była społeczność zintegrowana, tam ludzie potrzebowali siebie nawzajem.
Dziś wiele z tego zniszczyła telewizja. A raczej nieumiejętne korzystanie z telewizji. Co byśmy powiedzieli o człowieku, który wchodzi do sklepu i zaczyna kupować wszystko po kolei – potrzebne, czy nie potrzebne – dobre, czy bubel? Niespełna rozumu? A co sądzimy o człowieku, który ogląda wszystko, co mu pokazują – mądre czy głupie, dobre czy złe, ma czas, czy nie ma czasu.
Telewizja ma swoją wartość, ale można bez niej żyć i zawsze ważniejszy od programu niech będzie człowiek.
Inną książką, która wywarła na mnie wrażenie (i proszę się nie śmiać, że znowu wracam do dzieciństwa) są „Dzieci z Bullerbyn” Lektura, przynajmniej dawniej, dla III klasy szkoły podstawowej. Sześcioro dzieci, trzy zagrody, szkoła w sąsiedniej wsi. Te dzieci są niesamowite – nie mają telewizji, nie mają komputerów a nigdy się nie nudzą a ich zabawy w żadnym rozdziale się nie powtarzają.
Fantazja, twórczość, pasja tych dzieci, z którą konkurować może tylko fantazja i pasja Pipi Langstrumpf. Żartuję trochę, ale w istocie mojej wypowiedzi jestem śmiertelnie poważny. Od energii, chęci działania, twórczości, pasji zależy najpierw jakość dziecięcych zabaw a następnie kształt życia społecznego i politycznego.
Można sobie tylko siedzieć i narzekać, że źle, że korupcja, że władza – taka czy inna – pilnuje tylko swoich interesów, że nic nie warto, nic się nie opłaca, że wszystko bez sensu. Warto jednak wziąć te sprawy w swoje ręce i przestać biadolić a wziąć się do roboty. Kazał nam Pan Bóg czynić sobie ziemię poddaną? – to ja czyńmy. Starajmy się, by wyglądała bardziej po ludzku, była bardziej przyjazna człowiekowi.
Zacznijmy od tego, co jest w zasięgu naszej ręki, od swojej ulicy, dzielnicy, parafii. Później przyjdzie czas na kolejne zadania, kolejne obszary działalności.
I od razu mam kilka tematów do odstąpienia. Pierwsze to ubodzy i potrzebujący – i pomoc im świadczona. Na początek taka normalna – spontaniczna, sąsiedzka. Zakupy zrobić, okna umyć, bo idą święta albo zwyczajnie pogadać, bo często tego człowiek najbardziej potrzebuje. Potem może pomoc bardziej zorganizowana, w ramach koła Caritas, czy innej charytatywnej instytucji.
Jest wiele narzekania na dzieci i młodzież. Jaka ma być ta młodzież, skoro często wychowuje je ulica, pub i dyskoteka. Stwórzmy zatem alternatywę, pokażmy inny styl pracy, zabawy. Wzbudźmy zainteresowania, pasje. Jest tyle rzeczy naprawdę ciekawszych niż łażenie z pubu do pubu i wyginania się na dyskotece.
Teatry, chóry, zespoły, modelarnie, sport to wszystko czeka na podjęcie. To wszystko będzie tworzeniem nowej kultury, która przemieniać będzie ten świat. W tej naszej aktywności nie zapominajmy o tym co najważniejsze – o miłości. Bardzo łatwo nasza działalność może zmienić się w zwykłe społecznikostwo, łechcące własne ambicje, karmiące pychę. W naszej działalności winniśmy dawać siebie, dawać miłość – ona winna być zawsze i wszędzie i fundamentów każdej działalności.
Mamy przykład Matki Teresy i jej sióstr – zamiast płakać nad nędzą ludzką zbierają chorych, siedzą przy umierających, dają biednym chleb, ubierają ich.
Pamiętajmy jednak, że Matka Teresa nie nazwała swojego zgromadzenia Misjonarkami Chleba albo Misjonarkami Dobrej Śmierci, albo Misjonarkami Opieki medycznej. Nazwała je Misjonarkami Miłości, bo człowiekowi najbardziej do życia potrzebna jest Miłość.
Może też być taka sytuacja, że nie potrafimy pomóc, że jesteśmy bezradni, że coś nas przerosło. Jednak nawet wtedy możemy pomóc. „Pewnego dnia mały chłopiec wyszedł do sklepu, ale długo nie wracał. Gdy wreszcie wrócił, matka spytała go, gdzie był. – Spotkałem chłopca, któremu popsuł się rower, i pomogłem mu – odpowiedział chłopiec. – A cóż ty wiesz o naprawianiu rowerów? – zapytała matka. – Nic – odpowiedział chłopiec – usiadłem i płakałem z nim.” [z opowiadania Kushnera]
Zawsze możemy dać kawałek siebie, zawsze możemy dać kawałek serca.
Uczyńmy ten świat lepszym.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: